Przejdź do treści

Powrót do siebie

Zeszły rok był dla mnie bardzo trudny, i mimo, że gdy piszę ten tekst znajduję się w zupełnie innym miejscu, to właśnie zdaję sobie sprawę, że nie wiem czy 2021 był trudniejszy niż ostatnie 2, 5 czy 7 lat. Wszystkie te lata były naznaczone jedną rzeczą: poszukiwaniem mitycznej “Ziemi Obiecanej”, czyli DOMU.

Wędrowałam po świecie szukając potwierdzenia, że przynależę. Przeszłam przez różne stadia poszukiwania idealnego środowiska, szukając tego w partnerze, w pracy, w moich działaniach, w znajomych i sposobach na spędzanie czasu wolnego.

W większości odpowiedź, jaką otrzymywałam, brzmiała:

„To nie tutaj”


więc szukałam dalej. Byłam bardzo wytrwała i dzisiaj patrzę na tą wytrwałość z głębokim współczuciem i wdzięcznością. Współczucie wynika ze świadomości, że szukałam w niewłaściwym miejscu – czyli na zewnątrz. Wdzięczność się pojawiła w wyniku zrozumienia, że te wszystkie odmowne odpowiedzi, to całe odrzucenie doprowadziło mnie do siebie i do uznania tego, kim jestem.

I o ile ten proces jest bardzo osobisty, to odnajduję w nim pewną Uniwersalność, bo widzę, że wszyscy tęsknimy za tym samym, a mianowicie za przynależnością.

Problem polega na tym, że szukając potwierdzenia przynależności nigdy jej nie odnajdziemy na stałe, bo wszystko, co zewnętrzne jest nietrwałe. Można to znaleźć tylko i wyłącznie stając w mocy swojego serca.

A wszystkie serca są naznaczone dzikością.

Przynależymy do niej, ponieważ za każdym razem, gdy próbujemy się dopasować, wywołuje to w nas niewyjaśniony ból.

Jest to wynikiem błędnego przekonania, że nie możemy być w kontakcie ze sobą, żeby mieć wartość. Że musimy stale odpowiadać na potrzeby innych, żeby nasze życie miało znaczenie. Że musimy umniejszać, zmieniać lub sztucznie kreować siebie, by być godnymi przynależności.

To duży błąd poznawczy, bo zauważyłam, że największy wkład i wartość w społeczeństwo mamy uznając siebie i swój głos. I możecie mi wierzyć, albo nie, ale dopiero w chwili, gdy przestałam wierzyć w to przekonanie i pozwoliłam sobie na kompletną samotność poczułam, że naprawdę żyję.

Pięknymi słowami mówi o tym Maya Angelou: “Nie doświadczysz prawdziwej wolności, dopóki nie będziesz przynależeć wszędzie. Nigdzie, czyli wszędzie.”

Cena jest wysoka, a nagroda wspaniała.

Długo kontemplowałam, co to znaczy: Przynależeć wszędzie i nigdzie jednocześnie.

Oto jedna rzecz, którą mogę powiedzieć z całą pewnością: wynikiem braku miłości i przynależności zawsze jest cierpienie. I jednocześnie czuję, że naprawdę doświadczyłam cierpienia związanego z przynależnością w moim życiu.

Przyglądałam się temu z zainteresowaniem: ludziom, którzy mają silne poczucie przynależności; szukałam odpowiedzi na pytanie, co ich łączy.

I czy koncepcja o przynależności wszędzie/nigdzie jest w ogóle zasadna? To, co zrozumiałam eksplorując ten temat, było dla mnie dosyć szokujące. Bo zauważyłam, że jako ludzkość otaczamy się ideologicznymi bunkrami. Żyjemy wśród ludzi, którzy różnią się od nas, ale nie żyjemy z nimi.

Można by pomyśleć, że im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej się łączymy, ponieważ przebywamy tylko z ludźmi, którzy są tacy, jak my. Ale okazuje się, że za tymi ideologicznymi ścianami wcale nie jesteśmy ze sobą głęboko związani. Po prostu nienawidzimy tych samych ludzi, a to nie jest żadnym wyznacznikiem przynależności. Bo ona nie oznacza, że będziesz przy mnie, gdy będę chorowała, po raz setny się przeprowadzała lub gdy stracę pracę.
A to nie jest prawdziwe, głębokie połączenie.

No dobra, więc jesteśmy coraz bardziej podzieleni. I jesteśmy w tych swoich wierzeniach bardzo samotni.

A samotność to poważna sprawa.

Jest pewien rodzaj pierwotnej samotności, której doświadczenie przypomina głód lub pragnienie. Jeśli nie nawadniamy się lub nie jemy, dostajemy sygnał od ciała, że potrzebujemy coś zjeść. A samotność mówi, że potrzebujemy kontaktów społecznych, w przeciwnym wypadku jesteśmy w tarapatach. I to sporych, ponieważ wg badań przeprowadzonych przez J.Capaccio, samotność powoduje większe ryzyko przedwczesnej śmierci niż palenie paczki papierosów dziennie lub otyłość (sic!). Samotność zabija i jest bardzo ważnym wyznacznikiem zdrowia mentalnego i fizycznego.

John Cappacio w swojej książce “Loneliness” mówi, że w samotności nie chodzi o bycie samemu, a o poczucie braku połączenia.

Jako społeczeństwo, jesteśmy coraz bardziej odłączeni od samych siebie, niż kiedykolwiek wcześniej. I w rezultacie, coraz bardziej spolaryzowani.

Jedną z najpiękniejszych lekcji, którą wyciągnęłam z tęsknoty za przynależnością, to że nie jest ona czymś, co możemy wynegocjować ze światem zewnętrznym. Jest czymś, co niesiemy w naszych sercach. I okazuje się, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, którzy mają najwyższe poczucie prawdziwej przynależności, odnajdują siebie nie tylko w byciu częścią czegoś większego, lecz również w odwadze do stanięcia w sobie. Często samodzielnie.

I to również jest powód, dla którego sztuka i kreatywność staną się bardzo istotne w naszych procesach uzdrawiania i tego, co przyniesie nam przyszłość. Każda kreatywna osoba rozumie czym jest

stanie w sobie.

Wszystkie kreatywne osoby mają tę niesamowitą zdolność odnajdywania piękna i wartości w byciu szerszej kreatywnej społeczności, lecz również odwagi do stania w sobie.

I nie mówię tego jako samozwańczy coach, lecz jako twórcza istota, która odnalazła swój ból i spełnienie w byciu większej kreatywnej grupy i społeczności. Bez wmawiania sobie, że nie będę miała momentów zupełnej samotności. Bo każdy z nas będzie musiał być sam w pewnym punkcie życia. Mało tego, uważam, że na pewnym poziomie wszyscy jesteśmy do tego wzywani.

Myślę, że to chciała powiedzieć Maya Angelou, gdy mówiła, że przynależymy wszędzie i nigdzie, ponieważ prawdziwą przynależność mamy w sercu i ona nie podlega żadnym zewnętrznym negocjacjom.

Serce, które przynależy, jest w ciągłym stanie medytacji.

W moim przypadku to właśnie brak przynależności pomógł mi odnaleźć moją Twórczą Ścieżkę. I ponieważ nie przynależałam, gdy dorastałam w przemocowym, współuzależnionym systemie. Nie przynależałam, gdy wyprowadziłam się z domu w wieku 16 lat do innego miasta. A potem nie przynależałam, gdy podróżowałam i przeprowadzałam się dziesiątki razy – zawsze czułam się jak “ta obca”.

Lecz to sprawiło, że zaczęłam widzieć wzorce. Stałam się kimś, kto potrafi odnaleźć i zrozumieć wzorce w zachowaniach ludzi, w ich emocjach, w przekonaniach. Później zaczęłam je odnajdywać na coraz bardziej subtelnych poziomach energetycznych. Mało tego, zaczęłam widzieć źródła tych wzorców i tutaj zaczęła się prawdziwa zabawa z kreatywną pracą u źródła. I moja kreatywność – tak samo, jak kreatywność wielu ludzi – narodziła się z bycia na uboczu.

I poza tym, że naprawdę bardzo się bałam – bycia samej z tym wszystkim, to w końcu zaczęłam czuć, że żyję.

Wiecie, bałam się i tak tworzyłam, raz po razie docierając z odwagą do swojej dzikości. I za każdym razem ta dzikość odsuwała mnie od opinii innych ludzi na mój temat. Chyba najbardziej bolała zazdrość, bo czułam się zdradzona przez bliskie mi osoby, które zamiast mnie wspierać, tylko mnie osłabiały.

Lecz serce naznaczone dzikością nigdy nie przestaje, dopóki nie odnajdzie tego, czego szuka.

I jak pisałam wcześniej, każdy z nas należy do dzikości w inny sposób. A za każdym razem, gdy wybieramy dopasowanie się do innych, zamiast przynależności do siebie, wywołuje to w nas ból. W całym tym procesie nie chodzi tylko o nawigowanie dzikości, chodzi o stawanie się dzikością. 

Często będę sama i to ok, ponieważ jest w tym piękno i siła. I nie chodzi o to, że nie odnajduję wielkiej radości w byciu częścią zespołu, bo odnajduję. Chodzi o to, że zawsze będę należała przede wszystkim do siebie. A to naprawdę nie jest łatwe, bo jest to swoisty paradoks.

W dodatku, nikt nie może ujarzmić napięcia paradoksu lepiej, my sami osadzeni w swojej kreatywności. A to wszystko dlatego, że to napięcie to nasza kreatywna energia, Kundalini.

Carl Yung mówił o niej, że jest naszym największym duchowym darem. To napięcie pomiędzy drapieżnością i łagodnością, twardością i czułością.

W tym kreatywnym napięciu i jego owocach jesteśmy związani ze sobą w sposób, który nigdy nie może być przerwany. I mimo tego, możemy o tym połączeniu zapomnieć. Tak samo jak fundamentalnie nie możemy przerwać żadnego połączenia z drugim człowiekiem, lecz możemy o nim zapomnieć.

I te chwile, w których trzymamy za ręce nieznajomych, przypominają nie tylko o tym, co jest możliwe między ludźmi, lecz również o tym, co prawdziwe między nami. To jest prawda o tym, że jesteśmy stworzeni do bycia razem. I to wspaniała wiadomość dla nas wszystkich.

Więc zróbmy sobie prezent: przestańmy wędrować przez świat w poszukiwaniu dowodów na to, że nie przynależymy. A nawet jeśli, to i tak w pewnym momencie dojdziemy do punktu, w którym zdamy sobie sprawę, że to nie jest coś, co jest zależne od okoliczności zewnętrznych.

To coś, co niesiesz w Twoim dzikim sercu. I jeśli spędzisz swoje życie na poszukiwaniach, zawsze znajdziesz dowód na brak przynależności.

Wiem, bo sama tam byłam 🙂

With love,
Pauli

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.